Jak bardzo rynkowy jest rynek usług telekomunikacyjnych?
Miałem okazję ostatnio uczestniczyć w ciekawej dyskusji, u podstaw
której leżało ciekawe założenie. Mowa była o rynku usług
telekomunikacyjnych, a ściślej mówiąc telefonii komórkowej. Mój oponent
zaciekle przekonywał, że obecna organizacja i funkcjonowanie tego
obszaru nie jest efektywne i przede wszystkim jest drogie w utrzymaniu.
Jego śmiała teza brzmiała mniej więcej tak: gdyby pozabierać telekomom
te wszystkie koncesje i gdyby państwo przejęło na siebie organizację i
utrzymanie niezbędnej infrastruktury otrzymalibyśmy usługę lepszej
jakości i tańszą. Oszalał?
Tak sobie pomyślałem z rozpędu zakładając, że jeśli Państwo się za coś bierze, wprowadza monopol i eliminuje konkurencję to z zasady nie może to być ani tanie, ani efektywne.Spotkałem się jednak w tej dyskusji z ciekawymi argumentami. Parę z nich przytoczę poniżej. Ciekaw jestem jakbyście z nimi polemizowali. Sam przyznam, że może nie dałem się przekonać do takiej nacjonalizacji, ale nad paroma rzeczami zacząłem się z ciekawością zastanawiać.
Ile państwa w państwie?
Mój współ-dyskutant wskazał, że rynek telefonii komórkowej tak naprawdę jest mało "rynkowy".Podmiotów w sumie nie tak dużo. Bariery wejścia bardzo duże. Zamysł jest więc taki: system organizuje i utrzymuje państwo. Zatem finansowane to jest wszystko z budżetu państwa. Każdy z nas ma prawo do bezpłatnego, nielimitowanego korzystania z usług telefonii komórkowej (nie wdajemy się na razie w dywagacje czy to rozmowy, SMSy czy pakiety danych). Na czym oszczędzamy? Nie ma całego fakturowania, nie ma windykacji, nie ma reklamy! Budżety reklamowo-promocyjne obecnych telekomów muszą być ogromne. Finansowanie z budżetu oznacza, że oczywiście każdy z nas za to zapłaci w podatkach. Ciężko byłoby to policzyć, ale ciekawe, czy statystyczny wkład "podatkowy" Kowalskiego wyszedłby taniej niż obecnie statystyczne wydatki miesięczne Kowalskiego na telefon.
Telefon dobrem podstawowej potrzeby?
Punktem wyjścia do takiego postawienia sprawy jest założenie, że
oto mamy do czynienia z postępem technologicznym, rozwojem ludzkości,
który właśnie dotarł do takiego momentu, w którym uznajemy, że takie
usługi jak telefonia są czymś tak oczywistym i tak naturalnym, że należą
się każdemu z urzędu i bez pytania. Można by to nawet wpisać do
konstytucji. Czemu nie? Jest tam zapis, że bezpłatna jest służba
zdrowia, bezpłatna jest edukacja (jak jest w praktyce to wiemy), więc
czemu nie telefonia. I tu pojawia się ponownie pytanie: ile państwa w
państwie? Wiele rzeczy jest dziś finansowane lub dotowane przez Państwo
i jest to dla nas oczywiste (służba zdrowia, system emerytalny,
infrastruktura transportowa, ale też przedszkola, teatry, biblioteki,
transport miejski i nie tylko miejski).
Wracając do usług telekomunikacyjnych to można zauważyć, że w
bardzo ograniczonym zakresie gdzieniegdzie takie bezpłatne udostępnienie tych usług staje się już faktem. Mam tu na myśli funkcjonowanie Hotspotów umożliwiających
bezpłatne połączenie z Internetem. Marzyłby się wam naprawdę bezpłatny
Internet? Naprawdę wszędzie i naprawdę bez ograniczeń?
Kolejnym wątkiem poruszonym w ramach rozmowy było to, że takie
rozwiązanie (bezpłatna telefonia czy Internet) mogłoby w dłuższym
horyzoncie korzystnie wpłynąć na wizerunek Polski, jako kraju
stawiającego na innowacyjność, wspierającego przedsiębiorczość i
gwarantującego korzystne otoczenie dla rozwoju. Może to sposób, taki
mały kamyczek, żeby przekonać do naszego kraju innych, w tym
biznes (albo chociaż sprawić, żeby nasi już tak gromadnie nie wyjeżdżali
za granicę).
A może rachunek bankowy dobrem podstawowej potrzeby?
Tak jak wspomniałem, na początku mojej rozmowy jako zwolennik tzw.
wolnego rynku byłem mocno krytyczny wobec całego pomysłu. Ale argumenty
ciekawe. Dało mi to do myślenia. Zacząłem się zastanawiać co z sektorem
finansowym. Nie, nie, bez obaw, nie chcę nacjonalizacji banków. Ale co
by było, gdyby państwo weszło do gry i poprzez bank państwowy (np.
funkcjonujący Bank Gospodarstwa Krajowego) stworzyło i umożliwiło
korzystanie z bezwzględnie bezpłatnego rachunku oszczędnościowo-rozliczeniowego. Taka
zachęta, aby Polacy w stu procentach zaczęli korzystać z systemu
bankowości (z danych NBP według stanu na 2013r. wynika, że 87% Polaków
posiadało jeden albo więcej RORów, więc jest jeszcze coś do ugrania).
I tu znowu założeniem jest, że oto
doszliśmy do takiego poziomu rozwoju społeczeństwa, gdzie rachunek
bankowy jest tak elementarną kwestią, że należy się każdemu z automatu.
Nie trzeba podpisywać żadnych umów. Dostaje go każdy i za darmo, tak
jak każdy dostaje numer PESEL.
Z technicznego punktu widzenia nie powinna to być żadna rewolucja.
Dziś każdy z nas ma swoje konto w ZUS, czy w US. Te systemy obsługuje
państwo. Może dołożyć do tego RORy. Państwo, a więc my, mogłoby na tym zarobić np. poprzez odsetki od tzw. osadu we wkładach.
Ten projekt mógłby się opłacić
nam wszystkim też z innego powodu. Mógłby to być wstęp do całkowitego
wyeliminowania z obiegu gotówki w postacji banknotów i monet. A
utrzymanie tego systemu kosztuje dziś nie małe pieniądze (bicie monet,
druk banknotów, dystrybucja, zabezpieczenia itp). Wydaje mi się, że
plany przejścia w całości na obrót bezgotówkowy ma któreś z państw
skandynawskich, bodajże Szwecja.
Kończę już. Mam nadzieję, że mnie szanowni czytelnicy nie
ukamienujecie wirtualnie za te wszystkie herezje... ot, chciałem dać do
myślenia.... zresztą bez obaw przecież my Polacy wprowadziliśmy właśnie w
ostatnią niedzielę do socjalistycznej Europy prawdziwego Korwina...
przepraszam Konia Trojańskiego.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz